bezpodstawny cud
na ten stary głód
ciągle mi się nie przydarzył
nieparzysty cień
cicho skrada się
po twarzy

czule szepczesz mi
że to właśnie ty
na mą duszę jesteś lekiem
w żyłach opium mam
że uparcie trwam
człowiekiem

przewróciłaś znów
puchar pełen snów
w śnieżno-białej tej pościeli
jagodowy sok
nie nachalnie mrok
wybieli

niespełniony świt
już ośmieszył mit
nierealną swą firanką
na otwarcie bram
wicher w oczach mam
i manko

chciałoby się dzień
zacząć mając cień
w oku co od blasku boli
człowiek by tak żył
wyleczony z sił
i z woli

źrenic iskra lśni
porzuciwszy sny
spustoszone wnętrze leczy
bezpodstawny cud
na ten stary głód
człowieczy